Wyborcze obietnice a deficyt budżetowy

Podsumowując ostatnie tygodnie, w możliwie subtelny sposób, uczestnicy rynków finansowych nie są wielkimi fanami okresu wyborczego. Niesie on zwykle ze sobą wzrost niepewności, obawy o ryzyko regulacyjne, ale przede wszystkim godną podziwu kreatywność i skale obietnic wyborczych. Koszty ich potencjalnej realizacji były już przedmiotem zainteresowania wielu ekonomistów, którzy najczęściej dochodzili do podobnych wniosków – nie da się zrealizować obietnic bez dodatkowego zadłużenia się. Idąc dalej w analizie, temat deficytu budżetowego czy samej skali zadłużenia był naturalnie poruszany w wielu debatach. Dyskusje czy jest on zbyt duży, szkodliwy czy za drogi zostawmy sobie na później, a na razie spójrzmy na ten problem od tzw. kuchni. Szczęśliwienikt jeszcze nie odważył się drukować w Polsce pieniędzy, tylko po to, byzwiększać wydatki budżetowe. By Polska mogła jako kraj mogła pożyczyć pieniądze, w pierwszej kolejności należałoby znaleźć kogoś kto chwilowo ma ich w nadmiarze. Tylko kogo? Polskie banki zainwestowały w obligacje skarbowe 170 mld PLN, ubezpieczyciele 53 mld, TFI niewiele mniej bo około 50 mld. Z całości naszego zadłużenia, na poziomie około 800 mld to wciąż niewiele. Także szukamy dalej... może za granicą? Banki komercyjne, banki centralne, fundusze inwestycyjne i inne zagraniczne podmioty posiadają blisko pół biliona złotych naszego długu. Politycy mają zatem jedynie dwa wyjścia - skłonić nas do większego oszczędzania, albo namówić inwestorów z zachodu do zapłacenia za ich wyborczą kiełbasę.

Komentarz Jakuba Krawczyka ukazał się w Parkiecie 3.11.2015. 

 

Podziel się:
POWRÓT